Dawno mnie tu nie było. Być może dlatego, że poczułem się dziwnie. Jak egzaltowana nastolatka pisząca pamiętnik. Dlaczego więc dzisiaj tu jestem? Bardziej z przypadku niż potrzeby, czy konieczności. Jestem dziwnie rozedrgany. Mój wewnętrzny kamerton nie daje się wyciszyć. Czuję się zmęczony życiem. Zadaję sobie pytanie ile jeszcze dam rade udźwignąć? Problemów oczywiście i konieczność życia z dnia na dzień bez perspektyw na snucie jakichś planów. Bo czy układanie dni, by przetrwać można nazwać planowaniem?
Wczoraj wszedłem w spór z kochanym państwem polskim. Moja skarga powędrowała do Hagi. Nie sądziłem, że przyjdzie mi dochodzić swoich praw w Europejskim Trybunale Praw Człowieka. Na co liczę?... Nie wiem. Nie wiem. Może boję się na cokolwiek liczyć.
Counter
sobota, 17 listopada 2012
czwartek, 2 lutego 2012
Czasy pozornej bliskości
Telefon komórkowy, SMS, mejl, chat, GG, Skype, Facebook, Nasza Klasa. O czymś zapomniałem? Jakże dziś powszechne. Jak katar. Totalna i i bezgraniczna możliwość kontaktu. Wszędzie i z każdym. Z wszystkimi na raz i z każdym z osobna. Kto potrafi sobie wyobrazić dziś życie bez tych narzędzi? Kiedyś, gdy człowiek wyszedł z pracy lub domu stawał się nieuchwytny. Nienamierzalny. Patrząc z dzisiejszej perspektywy - wolny. A wówczas z wypiekami zazdrości na twarzy przyglądano się tym szczęściarzom, którzy szpanowali przypiętymi do paska spodni komórkami wielkości wypalonej cegły. Sąsiad z drugiego piętra wysyłał mejle do mieszkającego piętro niżej kolegi przez serwer w USA. Prościej się wówczas nie dało. Ale za to, jaki szpan. Pomysł, by do niego zejść i porozmawiać był raczej demode.
Dzisiaj prawie każdy jest dostępny i do uchwycenia bez mała wszędzie. Stojąc w sklepowej kolejce, siedząc w kinie, podczas gry wstępnej lub szczytując, czy siedząc na kiblu. Jeszcze nigdy nie cieszyliśmy się tak nieokiełznaną możliwością kontaktu z innymi ludźmi. Imponujące? Bezwzględnie! Męczące?... Bywa, że bardzo. Telefony służbowe o świcie, między dniem a snem. Dobry znajomy pragnący podzielić się z nami swoim szczęściem o 7 rano sobotniego poranka. Rozładowana bateria. Dla jednych trauma, dla innych usprawiedliwiony błogostan. Internet. Nie wychodząc z domu, nie bacząc na strój i przyjętą do konwersacji pozycję, składamy wizyty, uczestniczymy w wirtualnych randkach i mniej, lub bardziej poważnych spotkaniach. Czujemy się blisko bliskich. Rodziny, przyjaciół, znajomych. Piszemy, rozmawiamy, ba! - widzimy! Zdałoby się powtórzyć pytanie - imponujące? W rzeczy samej. Ale przy tym przecież smutne. Smutne, bo czy zdajemy sobie sprawę, że to jedynie surogat? Namiastka bliskości. Otaczamy się ludźmi, którzy tak na prawdę są... daleko. I nie mam tu na myśli jedynie dzielącej nas fizycznie odległości. Skrzynki pocztowe pełne różnej maści listów, sorry - e:-maili. Codziennie, bezwiednie karmimy się tymi pozorami bliskości. A przecież wirtualne kartki z życzeniami nie cieszą, jak te, które stawialiśmy sobie kiedyś na półce. Każde spojrzenie w ich stronę wywoływało wspomnienia i uśmiech na twarzy. Dzisiaj... Najprymitywniejsza forma życzeń? - sms. Zero wysiłku. Emocjonalny Mc'Donalds.
Jestem jednym z tysięcy. W skrzynce mejlowej kilobajty listów. Ale żaden nie zrobił na mnie takiego wrażenie, jak list, jaki otrzymałem kilka lat temu od dobrej znajomej. List pisany... ręcznie. Pamiętam, co wtedy czułem. To była celebracja. Zanim otworzyłem kopertę zrobiłem sobie kawę, siadłem i zacząłem czytać. jakby z namaszczeniem. Trzymałem w ręku list. Do mnie. Pisany ręcznie. Sentymentalne? Być może ale trzymałem w ręku ten list niczym relikwię. Pozornie zwykła kartka papieru, zapisana nerwowymi, niezgrabnymi literami. Skreślone, źle rozpoczęte myśli dodawały mu tylko wartości i uroku. Zero sterylnej do bólu gramatycznej i ortograficznej poprawności korektora windowsowego Worda. Ale te niezgrabnie zapisane czarnym atramentem słowa miały duszę. Niosły żywe emocje. Tęsknię za tą formą wyrażania i przekazywania myśli. Za tym, co się kryje pod pojęciem prawdziwej bliskości drugiego człowieka. Może dlatego, że wolę pójść na długi spacer niż deptać stoper na tłumnej siłowni.
Dzisiaj prawie każdy jest dostępny i do uchwycenia bez mała wszędzie. Stojąc w sklepowej kolejce, siedząc w kinie, podczas gry wstępnej lub szczytując, czy siedząc na kiblu. Jeszcze nigdy nie cieszyliśmy się tak nieokiełznaną możliwością kontaktu z innymi ludźmi. Imponujące? Bezwzględnie! Męczące?... Bywa, że bardzo. Telefony służbowe o świcie, między dniem a snem. Dobry znajomy pragnący podzielić się z nami swoim szczęściem o 7 rano sobotniego poranka. Rozładowana bateria. Dla jednych trauma, dla innych usprawiedliwiony błogostan. Internet. Nie wychodząc z domu, nie bacząc na strój i przyjętą do konwersacji pozycję, składamy wizyty, uczestniczymy w wirtualnych randkach i mniej, lub bardziej poważnych spotkaniach. Czujemy się blisko bliskich. Rodziny, przyjaciół, znajomych. Piszemy, rozmawiamy, ba! - widzimy! Zdałoby się powtórzyć pytanie - imponujące? W rzeczy samej. Ale przy tym przecież smutne. Smutne, bo czy zdajemy sobie sprawę, że to jedynie surogat? Namiastka bliskości. Otaczamy się ludźmi, którzy tak na prawdę są... daleko. I nie mam tu na myśli jedynie dzielącej nas fizycznie odległości. Skrzynki pocztowe pełne różnej maści listów, sorry - e:-maili. Codziennie, bezwiednie karmimy się tymi pozorami bliskości. A przecież wirtualne kartki z życzeniami nie cieszą, jak te, które stawialiśmy sobie kiedyś na półce. Każde spojrzenie w ich stronę wywoływało wspomnienia i uśmiech na twarzy. Dzisiaj... Najprymitywniejsza forma życzeń? - sms. Zero wysiłku. Emocjonalny Mc'Donalds.
Jestem jednym z tysięcy. W skrzynce mejlowej kilobajty listów. Ale żaden nie zrobił na mnie takiego wrażenie, jak list, jaki otrzymałem kilka lat temu od dobrej znajomej. List pisany... ręcznie. Pamiętam, co wtedy czułem. To była celebracja. Zanim otworzyłem kopertę zrobiłem sobie kawę, siadłem i zacząłem czytać. jakby z namaszczeniem. Trzymałem w ręku list. Do mnie. Pisany ręcznie. Sentymentalne? Być może ale trzymałem w ręku ten list niczym relikwię. Pozornie zwykła kartka papieru, zapisana nerwowymi, niezgrabnymi literami. Skreślone, źle rozpoczęte myśli dodawały mu tylko wartości i uroku. Zero sterylnej do bólu gramatycznej i ortograficznej poprawności korektora windowsowego Worda. Ale te niezgrabnie zapisane czarnym atramentem słowa miały duszę. Niosły żywe emocje. Tęsknię za tą formą wyrażania i przekazywania myśli. Za tym, co się kryje pod pojęciem prawdziwej bliskości drugiego człowieka. Może dlatego, że wolę pójść na długi spacer niż deptać stoper na tłumnej siłowni.
wtorek, 31 stycznia 2012
Nadgryzione znajomości
Przeglądałem dzisiaj listę moich "znajomych" na Facebooku. Nie jest imponująca ale nie chodzi tu przecież o prześciganie się w rankingu - kto ma ich więcej. Przy okazji z przerażeniem zauważyłem, że popularny Face zaczyna niebezpiecznie ewoluować w stronę Naszej Klasy. Mam na myśli żenujące fotki, filmiki i w sumie nijakie wpisy i komentarze w stylu: zjadłem śniadanie; idę sobie ulicą; o kurwa aaale nuda! - żeby przytoczyć tylko kilka dla przykładu. Czyżby sukcesywna i nieubłagana imigracja dolnych półek z NK?... Temat dla psychologów, czy po prostu Face samoistnie zaczyna się kundlić? Nie moje zmartwienie. Powrócę więc do listy moich znajomych.
Zawsze wydawało mi się, że ktoś znajomy, to ktoś z kim utrzymuje się dalsze, lub choćby sporadyczne kontakty. A tu... poza klikiem w grono znajomych brak jakichkolwiek oznak życia. Czy jest ktoś, kto utrzymuje kontakt z wszystkimi? Ja z pewnością nie, a i ze mną inni podobnie. Zastanawiam się czy chcemy tę osobę mieć w gronie znajomych dlatego, że chcemy utrzymywać z nią kontakt, czy tylko dlatego, by pochwalić się wszem i wobec, że ją znamy? A może dlatego, że tacy z nas znajomi? Ten podał rękę i się przedstawił, ten zamienił kilka słów, z tamtym mówiliśmy sobie dzień dobry, a ta zawsze mi się podobała... Nadgryzione, nieskonsumowane znajomości.
czwartek, 5 stycznia 2012
Oszukiwanie sumienia
Czytam...słucham... przyglądam się i z dziecięcą ciekawością zastanawiam. Kiedyś nie przykuwało to zbytnio mojej uwagi, lecz ostanimi laty powraca nachalnym pytaniem. - Ile warte są nasze noworoczne postanowienia? Ten nie będzie palił, tamten puszczał bąków w towarzystwie, a inny ogryzał paznokci. Ona postanowiła schudnąć już po raz czwarty z rzędu, gdy przekręcił się kalendarz, a jej koleżanka, bijąc w pierś, być bardziej asertywną. Przecież, między Bogiem a prawdą, sami nie wierzymy w to, co sobie postanawiamy. Za pół roku, wygniatając tyłkiem dołek na wakacyjnej plaży, już mało kto będzie pamiętał, co sobie obiecywał z biciem noworocznego zegara.
Czytam...słucham... przyglądam się i z dziecięcą ciekawością zastanawiam. - Po co nam ta gra przed samym sobą? Czujemy się przez to lepsi? A może to właśnie innym chcemy pokazać jaką to mamy silną słabą wolę? A może... może po prostu chcemy w ten sposób uspokoić własne sumienie. Uspokoić.... co ja piszę?! - raczej w sposób wyrachowany oszukać. Czy znacie osoby, które zrealizowały noworoczne postanowienia?... No i co?... za dużo palców u jednej ręki do ich wyliczenia? (ooo! jaki rym) Odosobnionych przypadków nie biorę pod uwagę. Każdy wyjątek jest jedynie potwierdzeniem reguły.
Cóż, prawda jest naga. A nagość nie zawsze jest ładna i pociągająca, więc nie każdemu może się podobać. Zatem przyjrzyjmy się tej nieprzyzwoitej nagości. My po prostu LUBIMY SIĘ ŁUDZIĆ. Ba, nawet uwielbiamy kreować złudzenia. W sumie po to, by otumanić sumienie. Poczuć się lepiej. To tak, jak gadanie przed Mikołajem: - będę grzeczny! O ile nie potrafimy zdzierżyć, gdy nas oszukują inni, to my sami siebie owszem, czemu nie. Mamy wobec siebie niewyczerpalną dozę tolerancji. Podświadomie wybieramy złudzenia nad nadzieję. Ta ostatnia wymaga od nas poświęcenia. Trzeba ją żywić, a po co nam jeszcze jedna gęba do gara. Lepiej samemu karmić się złudzeniami. A sumienie?... hmm...
Kiedyś słyszałem taki dowcip:
Szedł ulicą człowiek, który postanowił przestać pić.
Gdy mijał knajpę sumienie podszepnęło mu: - chodź, wejdziemy na kielicha.
Odpowiedział w duchu, lecz stanowczo - NIE! Rzuciłem picie.
Gdy przechodził obok kolejnej knajpy sumienie wyszeptało: - zobacz to ostatnia szansa, ostatnia knajpa przed domem. Napijesz się?
Znów stanowczo odpowiedział: - Nie! Postanowiłem i basta!
Na co sumienie... no to ja się napiję.
Czytam...słucham... przyglądam się i z dziecięcą ciekawością zastanawiam. - Po co nam ta gra przed samym sobą? Czujemy się przez to lepsi? A może to właśnie innym chcemy pokazać jaką to mamy silną słabą wolę? A może... może po prostu chcemy w ten sposób uspokoić własne sumienie. Uspokoić.... co ja piszę?! - raczej w sposób wyrachowany oszukać. Czy znacie osoby, które zrealizowały noworoczne postanowienia?... No i co?... za dużo palców u jednej ręki do ich wyliczenia? (ooo! jaki rym) Odosobnionych przypadków nie biorę pod uwagę. Każdy wyjątek jest jedynie potwierdzeniem reguły.
Cóż, prawda jest naga. A nagość nie zawsze jest ładna i pociągająca, więc nie każdemu może się podobać. Zatem przyjrzyjmy się tej nieprzyzwoitej nagości. My po prostu LUBIMY SIĘ ŁUDZIĆ. Ba, nawet uwielbiamy kreować złudzenia. W sumie po to, by otumanić sumienie. Poczuć się lepiej. To tak, jak gadanie przed Mikołajem: - będę grzeczny! O ile nie potrafimy zdzierżyć, gdy nas oszukują inni, to my sami siebie owszem, czemu nie. Mamy wobec siebie niewyczerpalną dozę tolerancji. Podświadomie wybieramy złudzenia nad nadzieję. Ta ostatnia wymaga od nas poświęcenia. Trzeba ją żywić, a po co nam jeszcze jedna gęba do gara. Lepiej samemu karmić się złudzeniami. A sumienie?... hmm...
Kiedyś słyszałem taki dowcip:
Szedł ulicą człowiek, który postanowił przestać pić.
Gdy mijał knajpę sumienie podszepnęło mu: - chodź, wejdziemy na kielicha.
Odpowiedział w duchu, lecz stanowczo - NIE! Rzuciłem picie.
Gdy przechodził obok kolejnej knajpy sumienie wyszeptało: - zobacz to ostatnia szansa, ostatnia knajpa przed domem. Napijesz się?
Znów stanowczo odpowiedział: - Nie! Postanowiłem i basta!
Na co sumienie... no to ja się napiję.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)