Telefon komórkowy, SMS, mejl, chat, GG, Skype, Facebook, Nasza Klasa. O czymś zapomniałem? Jakże dziś powszechne. Jak katar. Totalna i i bezgraniczna możliwość kontaktu. Wszędzie i z każdym. Z wszystkimi na raz i z każdym z osobna. Kto potrafi sobie wyobrazić dziś życie bez tych narzędzi? Kiedyś, gdy człowiek wyszedł z pracy lub domu stawał się nieuchwytny. Nienamierzalny. Patrząc z dzisiejszej perspektywy - wolny. A wówczas z wypiekami zazdrości na twarzy przyglądano się tym szczęściarzom, którzy szpanowali przypiętymi do paska spodni komórkami wielkości wypalonej cegły. Sąsiad z drugiego piętra wysyłał mejle do mieszkającego piętro niżej kolegi przez serwer w USA. Prościej się wówczas nie dało. Ale za to, jaki szpan. Pomysł, by do niego zejść i porozmawiać był raczej demode.
Dzisiaj prawie każdy jest dostępny i do uchwycenia bez mała wszędzie. Stojąc w sklepowej kolejce, siedząc w kinie, podczas gry wstępnej lub szczytując, czy siedząc na kiblu. Jeszcze nigdy nie cieszyliśmy się tak nieokiełznaną możliwością kontaktu z innymi ludźmi. Imponujące? Bezwzględnie! Męczące?... Bywa, że bardzo. Telefony służbowe o świcie, między dniem a snem. Dobry znajomy pragnący podzielić się z nami swoim szczęściem o 7 rano sobotniego poranka. Rozładowana bateria. Dla jednych trauma, dla innych usprawiedliwiony błogostan. Internet. Nie wychodząc z domu, nie bacząc na strój i przyjętą do konwersacji pozycję, składamy wizyty, uczestniczymy w wirtualnych randkach i mniej, lub bardziej poważnych spotkaniach. Czujemy się blisko bliskich. Rodziny, przyjaciół, znajomych. Piszemy, rozmawiamy, ba! - widzimy! Zdałoby się powtórzyć pytanie - imponujące? W rzeczy samej. Ale przy tym przecież smutne. Smutne, bo czy zdajemy sobie sprawę, że to jedynie surogat? Namiastka bliskości. Otaczamy się ludźmi, którzy tak na prawdę są... daleko. I nie mam tu na myśli jedynie dzielącej nas fizycznie odległości. Skrzynki pocztowe pełne różnej maści listów, sorry - e:-maili. Codziennie, bezwiednie karmimy się tymi pozorami bliskości. A przecież wirtualne kartki z życzeniami nie cieszą, jak te, które stawialiśmy sobie kiedyś na półce. Każde spojrzenie w ich stronę wywoływało wspomnienia i uśmiech na twarzy. Dzisiaj... Najprymitywniejsza forma życzeń? - sms. Zero wysiłku. Emocjonalny Mc'Donalds.
Jestem jednym z tysięcy. W skrzynce mejlowej kilobajty listów. Ale żaden nie zrobił na mnie takiego wrażenie, jak list, jaki otrzymałem kilka lat temu od dobrej znajomej. List pisany... ręcznie. Pamiętam, co wtedy czułem. To była celebracja. Zanim otworzyłem kopertę zrobiłem sobie kawę, siadłem i zacząłem czytać. jakby z namaszczeniem. Trzymałem w ręku list. Do mnie. Pisany ręcznie. Sentymentalne? Być może ale trzymałem w ręku ten list niczym relikwię. Pozornie zwykła kartka papieru, zapisana nerwowymi, niezgrabnymi literami. Skreślone, źle rozpoczęte myśli dodawały mu tylko wartości i uroku. Zero sterylnej do bólu gramatycznej i ortograficznej poprawności korektora windowsowego Worda. Ale te niezgrabnie zapisane czarnym atramentem słowa miały duszę. Niosły żywe emocje. Tęsknię za tą formą wyrażania i przekazywania myśli. Za tym, co się kryje pod pojęciem prawdziwej bliskości drugiego człowieka. Może dlatego, że wolę pójść na długi spacer niż deptać stoper na tłumnej siłowni.
Counter
czwartek, 2 lutego 2012
wtorek, 31 stycznia 2012
Nadgryzione znajomości
Przeglądałem dzisiaj listę moich "znajomych" na Facebooku. Nie jest imponująca ale nie chodzi tu przecież o prześciganie się w rankingu - kto ma ich więcej. Przy okazji z przerażeniem zauważyłem, że popularny Face zaczyna niebezpiecznie ewoluować w stronę Naszej Klasy. Mam na myśli żenujące fotki, filmiki i w sumie nijakie wpisy i komentarze w stylu: zjadłem śniadanie; idę sobie ulicą; o kurwa aaale nuda! - żeby przytoczyć tylko kilka dla przykładu. Czyżby sukcesywna i nieubłagana imigracja dolnych półek z NK?... Temat dla psychologów, czy po prostu Face samoistnie zaczyna się kundlić? Nie moje zmartwienie. Powrócę więc do listy moich znajomych.
Zawsze wydawało mi się, że ktoś znajomy, to ktoś z kim utrzymuje się dalsze, lub choćby sporadyczne kontakty. A tu... poza klikiem w grono znajomych brak jakichkolwiek oznak życia. Czy jest ktoś, kto utrzymuje kontakt z wszystkimi? Ja z pewnością nie, a i ze mną inni podobnie. Zastanawiam się czy chcemy tę osobę mieć w gronie znajomych dlatego, że chcemy utrzymywać z nią kontakt, czy tylko dlatego, by pochwalić się wszem i wobec, że ją znamy? A może dlatego, że tacy z nas znajomi? Ten podał rękę i się przedstawił, ten zamienił kilka słów, z tamtym mówiliśmy sobie dzień dobry, a ta zawsze mi się podobała... Nadgryzione, nieskonsumowane znajomości.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)